„Podobno ten, kto przestąpi granice miasta, już stamtąd nie wraca – taka obiegowa opinia o WaWie krążyła od początku istnienia miasta.
To oznacza, że musi tam być naprawdę pięknie…” – interpretuje w myślach Karolina.
– Masz ładny uśmiech. – Współpasażer zmienia temat.
– Gdzie? Między kolanami? – pyta, widząc, jak wzrok mężczyzny błądzi po jej ciele.
– No ładnie. Popękana szyba, brak gaśnicy. Mandat jak złoto – drwi czule mężczyzna, przyglądając się jej twarzy w resztkach rozstrzelanego lusterka.
– Jak się nie przymkniesz, to sprawdzisz, co jest w apteczce – odgraża się Daria.
– O, to masz jeszcze? Szkoda, że jej też nie wyrzuciłaś razem z gaśnicą. Mieliby czym teraz opatrywać ból dupska po tym, jak szlag trafił ich rozrząd.
Mija parę długich chwil, po których jestem w stanie dopuścić do siebie chichot Amora oraz fakt, że zostałam po raz kolejny przez niego skopana. Cholerny sadysta z łukiem. Ale ja ci jeszcze pokażę, możesz sobie kpić ze mnie, ile chcesz! A ja i tak znajdę jeszcze miłość, tę prawdziwą. Na zawsze!
– Przeraża mnie coraz bardziej to miasto – stwierdza dziewczyna, uspokoiwszy się trochę. – Najpierw zostałam prawie zgwałcona, potem sprzedana, a teraz to…
– Dzień jak co dzień, trzeba mieć oczy dookoła głowy. A u Walentyny nie będziesz miała źle – uspokaja Łowicz.
– Ty też się jej boisz? – pyta.
– Boję? A czy jest jakaś kobieta, której się można nie bać?
Ciała kochanków pragną dotyku i emocji. Żądze powodują, że każdy eksponat wydaje się im zachęcający do przeżywania rozkosznej bliskości. Jedynie tłum zwiedzających odwodzi ich od tego zamiaru.
Dobijające jest to, że nie może nic powiedzieć swojemu najdroższemu. Boi się, że jeśli to zrobi i on zacznie to wyjaśniać, to może zginąć. Już nauczyła się, że w tym mieście życie ludzkie ma niezbyt wygórowaną cenę. Najpierw była potraktowana jak szmata przez Sylwię. Potem ta sama Sylwia prawie została odstrzelona.
„Wy to macie przynajmniej siebie. Ten sam rozmiar, wszystko pasuje. Żeby z ludźmi było tak prosto…” – stwierdza w duchu, podchodząc do pary butów, stojących przy drzwiach.
Spogląda na Sebastiana. Chciałaby, aby to jego twarz była ostatnim widokiem przed śmiercią, która ich niechybnie czeka. Nie myśli o tym, jak wygląda jej ciało, pełne otarć i brudnych smug. Nie myśli o wstydzie. Nie myśli o atakującym ją zimnie, ponieważ w jej wnętrzu jest gorący wulkan uczucia, które chce zapamiętać do końca.
– Napierdalaj dalej – nakazuje zimno Walentyna.
Franz, rad nierad, kopie dalej leżącego.
– Myślisz teraz, jak ją odbić z ich rąk?
Sebastian wydyma usta.
– Mogę ci w tym pomóc – proponuje z pełną powagą Sylwia.
– Masz pluton wojska? – pyta, bez większej wiary w pomoc kobiety.
– Nie, ale wiem, jak dostać się do domu Walentyny niepostrzeżenie.
Mężczyzna, po zjechaniu z mostu, zatrzymuje się na światłach. Spogląda na wnętrze furgonetki. W sumie nic szczególnego. Fotele, szafki oraz typowy sprzęt do prac w kanałach. Wyposażenie przykrywa misternie właz w podłodze. Jedynie zapas broni schowany w podwójnych, pancernych ścianach pojazdu ukazuje jego prawdziwe przeznaczenie.
A te matoły ze Szczytowa to był taki bonus od życia. To reszta tych idiotów, którzy zmienili miłą dziewczynę zaplatającą wianki z polnych kwiatów w kobietę zaplatającą śmierć w pętlę na szyi wszystkich skurwysynów wchodzących jej w drogę.
– Oj, skarbie, daj spokój z tym makijażem. Tobie i tak nic nie pomoże.
– No dzięki!
– Jesteś tak idealnie piękna, że żaden makijaż nie jest potrzebny. Wystarczę ci ja.
Mężczyzna niecierpliwi się nie mniej od innych przed otwarciem testamentu, wobec którego ma spore oczekiwania. Uważa, że za lata wiernej posługi dla szefowej po prostu należy mu się oficjalne przejęcie schedy po niej. Nie na darmo przeżywał to nieustanne poniżanie serwowane przez kobietę, a ciągłe umizgi musiały przynieść skutek. W końcu była ona przecież tylko głupią babą, podatną na jego manipulację.
Równocześnie z wypowiadaną kwestią, na drzwiach i oknach z hurgotem zasuwają się rolety, odcinając zgromadzonych od świata. Jedynym jasnym punktem w ciemnościach staje się wyświetlacz na sejfie.
– No, chodź, malutki, do tatusia – mówi czule, głaszcząc urządzenie niczym zwierzątko.
W rzeczywistości pociera czujnik odpowiedzialny za działko. Seria uranowych pocisków pruje pancerny sejf niczym grad purchawkę na polu.
Na terenie Feminium panuje absolutny matriarchat. Częścią życia tej dzielnicy są haremy męskie służące swojej pani. Liczba członków zależy od upodobań właścicielki. Każdy nowo przybywający do Feminium mężczyzna, chcąc zamieszkać w tej dzielnicy, musi udać się na tak zwaną giełdę genitaliów. Tam odbywają się codzienne aukcje oraz wymiany i odsprzedaże mężczyzn znajdujących się już w haremach.
– Widzisz, ja… – Otwiera się pomału przed Zbirem. – Ja nigdy nie miałem przyjaciół. Miałem trudne dzieciństwo, z dala od rówieśników. Tak bardzo pragnąłem być z innymi dziećmi. Bawić się z nimi, śmiać. Po prostu spędzać czas jak dziecko, a nie jak więzień. Ale nie było mi to dane. Więc zacząłem sobie wymyślać przyjaciół…
– Jak ci tak dobrze, to może chcesz tutaj dłużej zostać? – zagaduje Franz z cynicznym uśmiechem.
Jacek nie reaguje na zaczepkę, pomimo że ma chęć przyłożyć mu w twarz. Może by to nawet uczynił, gdyby nie to, że zgodnie z procedurą ma ręce przykute łańcuchami do drewnianego blatu, przy którym siedzą.
|
|




